Archiwum sierpień 2004, strona 2


im bardziej wiruje powietrze wokół
Autor: diable
09 sierpnia 2004, 20:45

czytam tomaszewska, slucham green grass o tunnel, krusze sie. nie chce myslec. nie o wczoraj nie o jutro nie o dzisiaj. chce byc daleko. w tym zakatku mojej glowy gdzie tylko i jedynie jest bezpiecznie i spokojnie, gdzie mozna schowac sie w gorze gazet i gdzie zasze czeka na mnie sok malinowy, rozowe klapki i jest przyjemny polcien. i gora gazet w ktora mozna sie wkopac i oddychac spokojnie. tylko tam umiem sie odnalezc, nie bac, nie udawac. kaza mi tam nie chodzic, wiec sie staram. coraz mniej. 
moj glos jest na mnie zly, ze chce go zostawic, ze szukam wyjscia. moj glos coraz mniej ze mna rozmawia. czuje sei samotna.

green grass of tunnel green grass of tunnel green grass of tunnel green grass

nie potrafie sobie powiedziec nie. nie potrafie. gdzies tam mam kontrole ale nie umiem. nie chce. nie chce tego zatrzymac, nie chce szukac wyjscia. nie chce. moge, chociaz troche, ale nie robie nic. niby takie proste, boze. ciezko odebrac sobie czesc siebie z ktora zylo sie tyle lat. wszystko krzyczy nie.

chce mi sie biec, uciekac. byle gdzie, nie wazne, nic nie jest wazne. chce stad uciec, z tego zycia, z tych miejsc, z tych twarzy, z tych dzwiekow.

 

Bez tytułu
Autor: diable
08 sierpnia 2004, 22:06

doktor a. zjebala mnie (delikatnie mowiac) za piatkowy wyskok. zajebista kobieta, swoja droga. coraz bardziej wierze, ze cale to leczenie ma sens. juz bedzie lepiej. juz napewno bedzie lepiej. i ja bede lepsza. dla siebie. i dla krzysia.

caly wczorajszy dzien glowa napierniczala mnie od uderzenia w te glupia sciane. wieczorem przysnelam na chwile bo juz nic, zadne prochy, nie pomagaly. o dziesiatej wpadl ka, z braciakiem i zona, potem les, z ag i mloda i wyrwali mnie z kanapy. na disko, ekhem. przekonalam sie, po raz setno tysieczny, ze polskie kluby w tym miescie to kila i mogila i idzie sie pociac. ale jak sie nie ma co sie lubi, to sie lubi co sie ma. ale dlugo nie wytrzymalismy i o 1:30 wypad w dom. po drodze white castle i spac.

dzisiaj od rana sprzatanie. normalnie pot lal sie ze mnie jak rzeka tak sie uwijalam. no ka oczywiscie tez, niech wie ze zyje.

wszysycy pojechali na jakis piknik a my do sklepu, kupic prezent izie, bo ofc nastepne urodziny a poza tym w srode wyjezdza na pol roku do wloch (szkola)

wieczorkiem jedziemy do baru w ktorym pracuje (swoja droga masakryczny ponoc: white trash chicks, gold toothed pimps, black hos, junkies & such) powinno byc ciekawie.

snikam

Bez tytułu
Autor: diable
07 sierpnia 2004, 19:42

wiec niedobrze koncza sie wieczory przez ktore przeplywa jim bean. cieply, z butelki i nie przepity. 

wieczory takie, zaczynaja sie za to ciekawie. w kuchni, za stolem, zagryzamy jakies sombrero chrupeczki i okrajki chleba, duzo dymu, duzo rozmowy, smiech jestes taki taki taki!, placz, powinienes odejsc bo zaslugujesz na kogos lepszego, kapiemy sie sluchajac carli bruni, nosimy kompa po calym mieszkaniu - follow the music babe, piszemy sobie wiadomosci, ugryz mnie bo mnie juz zeby bola, cala reka spuchnieta i zgryziona, lipnicka & poter (czy jak mu tam) i przekonuje ka, ze to juz bylo, ze damien rice.

i gdyby tylko skonczylo sie na dobrym seksie to juz byloby dobrze. ale nie, ja musze sie (norma, standard i nie ma ze nie ma) pogniewac o cos kiedy spita. domagalam sie od ka zeby nie spal, nie zostawial mnie. zasnal, wiec sie pogniewalam, wyrznelam lewa strona twarzy w jakis rog, potknelam, cos tam poprzewracalam, poszlam na komp. dalej nie pamietam. mam nadzieje, ze nigdzie nic dunego nie napisalam.

a wczesniej,

polowe drogi z pracy, bo wtedy mnie wzielo, spedzilam, placzac, krzyczac, gryzac, drapiac, panikujac, bojac, trzesac. marzylam tylko o tym, zeby dojechac do domu, wskoczyc w butach ubraniu z torebka do wanny zimnej wody i powycinac sobie linie papilarne z dloni. parominutowa jazda po autostradzie troche uspokaja, szybkosc pomaga. alkocholowy po drodze jeszcze bardziej pomaga, dwie butelki wina, jim bean i cztery paczki fajek pliizz.  have a good one! sure will..

***

zaraz do domu, na terapie, na urodziny dominiki na ktore nie chce mi sie jechac, wiec moze nie pojde. mloda sproblemowana i mowi ze nei chce widziec ludzi, wiec moze wysle ka a ja zostane z mloda u mnie i zrobie powtorke z rozrywki. tak zrobie. bo co mam zrobic. wazne jest wazniejsze.

Bez tytułu
Autor: diable
07 sierpnia 2004, 02:16

kryzys. i prawie po.

siniaki na rece od gryzania, troche wyrwanych wlosow.

tera, teraz uspokajam sie. odseparawalismy sie, z ka, od swiata.  siedzimy za stolem, ka pije wino wino z butelki(bo nic innego nie ma) ja cieplego jim bean'a (tez z butelki) zagryzanego pietkami z chleba. nic dzisiaj nie jadlam i nic nie zjem. tylko te pietki przezuwam powoli, zeby oszukac zoldek. rozmawiamy.

znikam

what's the best time to wear tight sweater...
Autor: diable
06 sierpnia 2004, 05:23

ka patrzy na mnie dziwnie, kiedy wkladam czipsy (ogorkowe) pomiedzy wedline a serek w kanapce kolacyjnej. mamrocze tez cos o mojej manii jedzenia po rowno (co kolwiek jest na talerzu musi rowno znikac, do ostatniego kesa musi byc wszystkiego po trochu. nie mozna czegos zjesc najpierw, a potem dojadac reszte. grzech, groza i napewno zle wrozy: nie zjem)

w pracy nadal zajeb po uszy; czyli jest dobrze i relaksujaco. zauwazlam, ze na niejedzenie najlepiej wplywa zapijanie rannego uspokojacza trzy lyzeczkowa kawa. organizm chyba z szoku domaga sie tylko wody. i dobrze. nie zaszkodzi stracic troche z brzuszka. i piersi.

it's all the time 

nieniebo
Autor: diable
05 sierpnia 2004, 21:52

niebo jest dzisiaj czysto niebieskie i w dokladnie takim odcieniu jak sciany naszej sypialni

***                                     ***                                            ***                                          ***
(niech mi ktos pomoze: jak wstawic zdjecie do notki? probuje tak samo jak w edytorze strony ale nie robi. anybody?)
                         

so many things that keep, keep me underground...
Autor: diable
05 sierpnia 2004, 04:43

praca dobrze mi robi. uwielbiam kiedy wszystko kreci sie na tak wysokich obrotach, iz wydaje mi sie ze zaraz zwariuje. i chociaz w tej chwili kiedy wydaje mi sie, ze jednak zwariuje i nie ma szans zebym sobie poradzila, mam ochote rzucic wszystkim w pizdu i wypasc stamdad, to jednak po, przychodzi to niesamowite uczucie; satysfakcja, zadowolenie, wrazenie ze moge wszystko i nic mnie nie zatrzyma. adrenalina robi swoje. szkoda, ze na chwile.

tak chce isc do szkoly. a tak nie mam na to kasy. caly czas mysle i mysle co by tu wymyslic. cos w koncu zawsze.
*
wczoraj rozmowa z ka o dragach. up down up down ale w sumie doszlismy do porozumienia. czasem czulam sie jak male dziecko, ktore nie moze nic bez pytania o pozwolenie. ale tak w sumie to nie wyplywalo z zachowania ka, tylko z moich wlasnych niepewnosci. bo mi sie wydawalo, ze ty.. to takie glupie, miec w sobie tyle strachu, niepewnosci i niewiary.  maniczne przeswiadczenie, ze ktos napewno by nie zaakceptowal, nie zrozumial i odrzucil, sprawia, ze sama sie zapedzam w slepe zaulki i wale glowa w mur. a mozna przeciez tak po prostu usiasc i porozmawiac. niby tak poprostu.

ucze sie. kazdego dnia. troche zajmie.

ka co smieje sie z mojej medycznej kolacji co wieczor; biala, rozowa, biala, popij, zapal, napij sie wina (o ile jest)

sen jest mocny. nawet wczorajsza burza nie zdolala mnie przebudzic. sen jest zbawienny. a sny dziwne.

jeszcze trzy tygodnie na pelnej dawce uspokojaczy. potem na miesiac zejscie na pol rano, cala wieczorem, dwa miesiace na pol & pol, miesiac na pol wieczorem. i znowu koniec. mam nadzieje, ze juz na dobre. ze juz bedzie lepiej. ze juz beda efekty, naprawde efekty. ze lexapro jednak poradzi sobie juz wtedy sam.

mam naprawde glupie mysli. ostre narzedzia kusza i ciezko mi sie powstrzymac. nie powiem, na proszkach jest latwiej odsuwac to od siebie, ale czasem, czasem mi sie niechce, meczy mnie ta walka. niechce mi sie uzerac ze soba i tym czyms tam w glowie i po prostu dac sobie spokoj. zaciac sie, zlamac sobie reke, rozbic glowe. odbieram bol jak odbieram dragi. jako ucieczke. postoj. oaze gdzie moge sie schowac i nei ma nic tylko to jedno. choc na chwile nic innego nei istnieje i ja nie istnieje.

napisalam maila do osoby, ktorej w zyciu nie widzialam i ktorej nie siegam do piet ani inteligencja, ani zyciowa motywacja, ani sila ani w sumie niczym. ale w jakims sensie wydaje mi sie, ze jestesmy takie same. ale mi sie duzo wydaje.  poza tym, mail byl tak glupi, ze sama bym na niego nieodpisala.

ka pyta czy ksiazke pisze, wiec moze dam sobie spokoj na dzisiaj. dobranoc.
*

please forget the words that i just blurted out
it wasn't me, it was a strange and creeping doubt
it keeps rattling my cage
there's nothing in this world will keep it down

even though i try, 
i can't

[radiohead]

Bez tytułu
Autor: diable
04 sierpnia 2004, 21:19

 

somebody get stoned with me
Autor: diable
04 sierpnia 2004, 01:04

ka juz drugi dzien nowej pracy, i wyglada na zadowolonego. ciesze sie.

szkoda tylko, ze chuje z poprzedniej pracy nie dali mu ostatniego czeka. dzisiaj dzwonil i podobno wyslali poczta. ehe.

u mnie w pracy coraz wiecej wiecej wiecej pracy. i caly ten burdel na mojej glowie. przydalaby sie pomoc, czasem chociaz. bo z szefa to zadnej.

mam glupie mysli. ale glupi ludzie tak maja. chcialabym sie ich pozbyc. choc na troszke.

choc na troszke uciec.

as i said before, somebody get stoooned with me.  

please     ?

accelerate your life
Autor: diable
02 sierpnia 2004, 18:03

marcinek ma 18 lat, szczuply, wysoki, zabawny, prawie-juz-mezczyzna.

marcinek, a raczej juz marcin, powinnam mowic, chce byc meteorologiem. ciesze sie ze ma cel, pasje, cos co wie ze chciaby robic cale zycie.

nie ciesze sie, ze zdecydowal sie pojsc do wojska (marynarka) aby ten cel zrealizowac. chyba nie dokonca zdaje sobie sprawe, ze navy to nie tylko zaplaca mi za szkole, trening i bede mial prace ale to po prostu wojsko. jest misja i jedziesz. zwlaszcza z obecna sytuacja w iraku i tendencjami stanow zjednoczonych do mieszania kijem w kazdym gownie nie wyglada to rozowo. ale, jego zycie, jego decyzje.

strasznie ciezko mi sie z tym jednak pogodzic, gdyz w mojej glowie, jest on zakodowany jako kraglutki osmiolatek, z blond czuprynka i usmiechem w kolo glowy. takiego go poznalam i takim zawsze dla mnie bedzie. mowie mu baby-brother a on patrzy na mnie krzywo i krzyczy hey! i'm taller then you shorty! odrazu prezy sie i smieje. tak w sumie to nie jest moim rodzonym bratem, nawet przyrodnim bratem, jest najmlodszym synem z pierwszego malzenstwa drugiej zony mojego ojca. ale jest moim malym braciszkiem i ciezko mi zaakceptowac, ze pakuje sie w sytuacje w ktorych moze stac mu sie krzywda.

jutro wyjezdza na trzy miesieczny boot camp, potem na szesc miesiecy do mississippi, a potem nie wiem. wiem tylko, ze do domu wroci jak bedzie mial 22 lata. a i po tym przez nastepne 4 bedzie mogl byc powolany jesli zajdzie taka potrzeba.

powiedzialam mu wczoraj, ze gdybym wiedziala wczesniej ze ma takie plany to nakopalabym mu w tylek tak zdrowo. smial sie i jak zawsze; eee za mala jestes, nawet bys nie siegla ;)

napewno wszystko bedzie dobrze.

us navy: life, liberty and pursuit of all who threaten it - catchy huh?